Historia naszego pracownika, Tomka

Upór i wiara rodziców sprawiły, że Tomek, który urodził się niemal głuchy, dziś nie różni się od swoich rówieśników.

Gdy Tomek przyszedł na świat, w październiku 1986 roku, jego rodzice nie posiadali się z radości. Urodziło się ich pierwsze, wyczekane dziecko! Byli przekonani, że rozwija się prawidłowo. Aż do dnia, kiedy ciocia chłopca, oglądając film, w pewnej chwili krzyknęła na widok przerażającej sceny na ekranie. Zaraz potem głos jej zamarł. Zauważyła, że krzyk nie zrobił na chłopcu żadnego wrażenia. Zerwała się, pobiegła do kuchni, chwyciła pokrywki od garnków i zaczęła uderzać nimi o siebie. Ale Tomek nie reagował. Powiedziała więc rodzicom – Wasz mały chyba nie słyszy!

Nie mogli uwierzyć. To przecież niemożliwe, nikt w rodzinie nie był głuchy! Dlaczego ich dziecko miałoby mieć problemy ze słuchem? Jednak dla uspokojenia sumienia odwiedzili lekarza pediatrę, a potem laryngologa. Żaden z nich nie zauważył nic niepokojącego. Ale oni chcieli mieć pewność, że dziecko jest zdrowe. Ponawiali próby: stukali krzesłami, włączali radio na cały regulator, uderzali w pokrywki. Tomek nie reagował. Udali się więc na specjalistycznie badania w warszawskim Instytucie Matki i Dziecka. Diagnoza nie pozostawiała złudzeń: niemal całkowita utrata słuchu. Byli zrozpaczeni. – Patrzyłam na synka i płakałam – mówi Agnieszka. Miał rok, a zachowywał się jak dziecko z zespołem Downa. Nie rozwijał się. Żyłam w nieustannej udręce.

Postanowiła walczyć. Dowiedziała się, że dziecku z tak ogromną utratą słuchu można pomóc. Wymaga to jednak nieustannej pracy. W poradni Tomek otrzymał pierwszy aparat słuchowy typu pudełkowego. Długo nie mógł przyzwyczaić się do jego noszenia: zrywał kabelki, denerwował się, płakał. Agnieszka nie poddawała się. Zrezygnowała z pracy zawodowej i zajęła się wyłącznie rehabilitacją Tomka, podczas gdy Piotr rzucił się w wir pracy, aby utrzymać rodzinę. Agnieszka co dzień zaznajamiała syna z domem i jego odgłosami. Pokazywała mu sprzęty, nazywała je. Stukała łyżeczką o kubek, o garnek. Cmokała, śpiewała. Włączała i wyłączała radio. Podczas gotowania sadzała synka naprzeciwko siebie w kuchni. Nazywała przedmioty, czynności. Mówiła powoli, wyraźnie, patrząc na dziecko, aby widziało ruchy jej ust i łatwiej przyswajało mowę.Wieczorami dokształcała się – czytała książki na temat postępowania z dziećmi niedosłyszącymi. Nocami wycinała kartoniki, na których pisała samogłoski, sylaby, proste wyrazy. Rysowała lub naklejała wycięte z książek obrazki zwierząt i przedmiotów. Następnie omawiała rezultaty swojej pracy w poradni logopedycznej, którą odwiedzała z synkiem kilka razy w tygodniu. Chłopiec uczył się jednocześnie mówić i czytać. Gdy miał trzy lata, przyszła na świat jego siostra, Ola. Wkrótce po narodzinach sprawdzono jej słuch. Wszystko było w porządku. Agnieszce przybyło obowiązków. – Byłam zawzięta – mówi. – Zaciskałam zęby i powtarzałam sobie, że nie wolno mi załamać się, zrezygnować. Wstąpiły we mnie nowe siły, gdy zaczęły być widoczne efekty tej szaleńczej pracy. Wtedy, gdy Tomek po raz pierwszy powiedział: mama, tata, Ola.

Agnieszka zawsze chciała, żeby synek nie różnił się od innych dzieci, nie porozumiewał się wyłącznie językiem migowym. Bała się, że chłopiec straci motywację, by opanować sztukę mówienia. Postanowiła: żadnej taryfy ulgowej, żadnych ułatwień. Tomek musi radzić sobie w środowisku ludzi słyszących.

Gdy miał pięć lat, posłała go do zwykłego przedszkola. Wybrała takie, w którym było mało dzieci, by panie wychowawczynie mogły większą uwagę skupić na Tomku. Wtedy jeszcze chłopczyk mówił niewyraźnie, dzieci go nie rozumiały. Bawił się sam. Potem, stopniowo, bariery zostały przełamane.

Kiedy Pilipczukowie wybierali synowi szkołę, logopedzi radzili, by posłać go do placówki integracyjnej. – Obawialiśmy się, że w tej szkole nauczyciele potraktują Tomka ulgowo. A przecież nie będzie „ulgowo” szedł przez życie – mówi Agnieszka. – Zdecydowaliśmy się więc na zwyczajną podstawówkę.W ten sposób Tomek rozpoczął naukę w warszawskiej Szkole Podstawowej nr 227 im. kpt. Lucyny Hertz przy ul. Astronautów. Odważnym szczęście sprzyja. Już w pierwszej klasie chłopiec trafił na wspaniałą wychowawczynię, która uprzedziła dzieci, że będą miały niepełnosprawnego kolegę. Cała klasa zaczęła mu pomagać. Natomiast nauczycielka zrezygnowała z chodzenia po klasie podczas lekcji, aby Tomek mógł aktywnie uczestniczyć w zajęciach, widząc twarz wychowawczyni. W przeciwnym razie przestawał uważać. Stopniowo inni nauczyciele zaczęli prowadzić lekcje, stojąc przed pierwszą ławką. To w niej siedział Tomek ze swoim serdecznym przyjacielem Marcinem.

Chłopiec miał to szczęście, że trafił do najbardziej ambitnej klasy w swoim roczniku. Średnia ocen całej klasy przez wszystkie lata nauki oscylowała powyżej 4,3. Tomek był w czołówce – nie schodził poniżej średniej 4,5. Najlepszy był z polskiego, historii i geografii. Marzenie jego rodziców, by syn nie różnił się od swoich rówieśników, spełniło się.

Potem Tomek ukończył publiczne gimnazjum, następnie LVI Liceum Ogólnokształcące im. Leona Kruczkowskiego w warszawskim Ursusie, a w końcu wydział prawa na Akademii Leona Koźmińskiego, gdzie uzyskał tytuł magistra. Karierę zawodową związał z firmą Słuchmed, gdzie od kilku lat pracuje w dziale marketingu.

Dzisiaj jest szczęśliwym mężem Sylwii i ojcem Kuby. Syn Tomka rozwija się prawidłowo i nie ma żadnych problemów ze słuchem.Dzięki rodzicom, którym jest niezwykle wdzięczny, Tomasz Pilipczuk należy do świata osób słyszących.